Śmiać się z tragedii – czy to możliwe?
KOCHAM CIĘ JAK… BRATA
Rodziny bywają różne, relacje w nich jeszcze różniejsze. Niektóre bywają czułe i miłe, inne odpychające i nieżyczliwe. Przed nami staje dwójka braci, którzy nigdy nie umieli dojść do porozumienia. Czy coś w ich życiu nagle się zmieni? Czy prędzej pozabijają się w napadzie szału?
Irlandzki dramaturg Martin McDonagh znany jest ze swoich przepełnionych czarnym humorem komedii. Każda z nich, mimo iż ma śmieszyć, służy też pokazaniu prawdziwego dramatu. „Samotny zachód” nie odstaje od wzorca. Wręcz przeciwnie, jest może nawet bardziej „czarny” niż reszta dzieł tego twórcy. Nie ujmuje to jednak smaku przedstawieniu. Co najwyżej zmniejsza potencjalne grono widzów… Jedna z adaptacji tego utworu została wyreżyserowana przez Gienadija Muszpierta i wystawiana jest w TD.
Mówi się, że ktoś kocha kogoś jak brata. Nie można jednak dopasować tego zwrotu do każdego rodzeństwa. Bracia Coleman (Sławomir Popławski) i Valene (Rafał Olszewski) Connor mieszkają w małej irlandzkiej mieścinie Leenane i nienawidzą się jak diabli. Właśnie wrócili z pogrzebu ojca, ale zamiast go opłakiwać, wspominać, kłócą się. Tak na serio. Każda mała sprawa, każda drobnostka jest dla nich powodem do sprzeczki. Wszystko może doprowadzić do bijatyki lub – w gorszym przypadku – nawet do grożenia sobie bronią. Dobrze jest jednak mieć miejscowego kaznodzieję za sąsiada. Ojciec Welsh, którego nazwiska nikt nie potrafi dobrze wymówić, nawiedza co jakiś czas dom braci. Stara się ich pogodzić, ale nijak mu to nie wychodzi. Sprawia raczej wrażenia osobistego kolegi od kielicha każdego z nich. Do Connorów zagląda jeszcze od czasu do czasu jest Girleen Kelleher (Katarzyna Mikiewicz), handlująca bimbrem nastolatka o specyficznej naturze.
„Samotny zachód” nie jest spektaklem wymagającym. Nosi w sobie znamiona tragedii, ale jest to jedynie podłoże do całej komicznej warstwy. Jeśli ktoś będzie chciał znaleźć w spektaklu coś do dalszych rozważania, na pewno znajdzie. Relacje pomiędzy braćmi. Kryzys wiary. Alkoholizm. Śmierć. Pełno tego, ale nie to jest moim zdaniem najważniejsze. Jeśli przedstawiać tragedię – to płakać, jeśli komedię, nawet tak czarną – to śmiać się. Jeśli jest dobra, a ta jest.
Muszę wspomnieć o kreacji bohatera, która szczególne przypadła mi do gustu. To postać ojca Welsha: obraz beznadziei w sutannie. Tak cudownej, że już na wejściu śmieszy. Sprowadzony do Leenane ksiądz ma nie lada problemy. Podczas jego urzędowania w miasteczku zmarło kilka osób. Niby każdy w końcu umiera, ale w tym przypadku były to albo morderstwa z premedytacją, albo samobójstwa. Na domiar złego żeńska drużyna piłki nożnej, trenowana przez księdza, po mistrzowsku opanowała jedynie faulowanie. Welsh zatapia wszystkie niepowodzenia w alkoholu. To człowiek, który chce dobrze, a absolutnie nic mu się nie udaje. Również beznadzieje wychodzą mu próby godzenia braci – z reguły kończą się na dnie szklanki z bimbrem.
Nie jest to jedyna ciekawa postać. Wszyscy bohaterowie są godni uwagi i świetnie zagrani. Bracia Connor. Przepełniająca ich nienawiść doprowadza wielokrotnie do… komizmu sytuacyjnego, który w pewnych momentach wręcz zwala z krzesła. Ich wzajemna niechęć nie wzięła się oczywiście z powietrza. Coleman i Valene mają na sumieniu wiele grzeszków względem siebie, nawet dziećmi pokornymi względem siebie nie byli. A jako dorośli nadal są gotowi walczyć o każdą paczkę chipsów, meble, figurki, mieszkanie itd.
Ostatnią postacią w tym czarno-komicznym spektaklu jest Girleen. Dziewczyna dość dziwna. Nieletnia handlarka ojcowskim bimbrem, odwiedzająca Connorów w sprawach biznesowych. Pod przykrywką lekkoducha i panny średnio-lekkich obyczajów, pokazuje jednak inną stronę. Zależy jej na ojcu Welshu i wyraźnie chce, by ten skończył użalać się nad sobą, wziął się w grać. Wydaje się nawet, że w pewnym momencie wręcz zakochuje się w nim.
Wszystkie postaci są grane nastrojowo. Bohaterowie są jakby wyjęci z irlandzkiej wsi. Tyle, że nie jest to już arcykatolicka Irlandia, a krwawe i mroczne miejsce, wypełnione czarnym, przewrotnym śmiechem.
Co ważne, rekwizyty i scenografia są w pełni dopasowane do klimatu spektaklu. Piękne dzieło Katarzyna Gabrat-Szymańskiej i Tomasza Szymańskiego to po prostu klimatyczna prostota. Wnętrze domu, w którym dzieje się akcja, jest zimne, jak zimne są kontakty miedzy braćmi. Do tego masa rekwizytów, dodających uroku całości. Mamy tu między innymi potężny pomarańczowy piekarnik, który ma swoje wielkie pięć minut w spektaklu, krzyż, kilka krzeseł, stół, strzelbę i figurki, które odgrywają dość ważną rolę w przedstawieniu.
Opowieść o odwiecznej walce pomiędzy braćmi, kryzysie wiary i handlu bimbrem zdumiewa. Próżno zgadywać, co wydarzy się dalej. Wszystkie sytuacje wydają się… gwałtowne. Nie ma tu dłużyzn, a jeśli już jakaś się pojawi to, któryś z braci ładnie ją czymś roztrzaska. Spektakl wart obejrzenia niewątpliwie jest. Można się nawet wybrać z bratem (jak ktoś owego ma), tyle żeby podczas oglądania nie był on w zbyt bojowym nastroju... Wszystkim innym również polecam.
Marek Marczak








.jpg)






Zobacz nas na Facebook.pl
